Otóż poprzedni opis mojego snu był pisany pod wpływem, jeszcze nie wygasłych emocji, zaraz po przebudzeniu. Dlatego jest nieschludny, mało czytelny i nie przedstawia zbyt dobrze moich odczuć. Dlatego postanowiłem zrobić nowy.
Otóż, pewnej nocy, zaraz przed spotkaniem z psychologiem, miałem bardzo dziwny, długi sen. Zaraz po przebudzeniu odczuwałem silny niepokój. Szum w głowie nasilił się bardzo, objawy nerwicy również. Ciężko mi się oddychało, byłem bliski zobaczenia halucynacji. Bałem się, że dzieli mnie tylko krok od choroby psychicznej.
Nie jestem do końca pewien, czy ten sen mam traktować jako senny kontakt z nieświadomością. Mówi się, że sen to zlepek informacji, natłoczonych w głowie. Czyli jednak może warto się nad moim snem zastanowić, ponieważ w jakimś stopniu odwzorowuje to co mam w głowie.
…sen był realistyczny, dziwny, jeszcze takiego nie miałem.
Zdarzenie miało miejsce w ciemnawym, opuszczonym domu, gdzie dominował klimat starego, ciemnoszarego drewna. W olbrzymim salonie, jakby takiej hali, o wysokim suficie. Z jakiegoś powodu byłem tam z pewną rodziną. Ludźmi, których nie znam w rzeczywistości. Jednak mimo tego, czułem do nich głęboką sympatię i jakby więź z nimi. W skład rodziny wchodził ojciec, matka i córka w wieku wczesno szkolnym. Rodzice byli bardzo przystojni i w dosyć młodym wieku. Ojciec był opanowany, bardzo inteligentny, miał umysł analityczny. Był życzliwy, dobrego serca, jednak stanowczy i energiczny. Matka również była dosyć inteligentna, trochę podobna do męża, jednak w przeciwieństwie do niego, w natłoku problemów szybko się poddawała. Córka nic nie mówiła, stała tylko wyprostowana z opuszczonymi rękami, złożonymi z przodu i patrzyła się jakby przed siebie. Nagle coś porwało ojca i córkę. Po prostu zniknęli. Ojciec zaczął się ze mną porozumiewać słowami, jakby z innego wymiaru. Ja słyszałem go, on słyszał mnie. Jednak wszystko co do niego powiedziałem i od niego usłyszałem, za każdym razem powtarzało się w mojej głowie niczym echo. Po każdym dodatkowym wymianie zdań między nami, słyszałem poprzednie konwersacje. Było to nie do zniesienia. Tym bardziej, że czasami mówił podniesionym głosem, jakby kłótnia. W końcu wpadł na to, jak mogę zerować powtarzanie się zdań w mojej głowie, tak, aby się już nie powtarzały. Powiedział, że muszę mówić prawdę. Najprostszą prawdą było mówienie to co widzę: np. dywan jest brązowy. Faktycznie pomagało. Podczas gdy kombinowaliśmy z nim, jak sprowadzić jego i jego córkę z powrotem., zerowanie stosowałem często, aby wymazywać, nowo powtarzające się słowa. Pamiętam, że musiałem porozumiewać się z całą rodziną po angielsku. W pierwszej chwili zmartwili się, że słabo znam ten język, ale powiedziałem im, że jako tako znam. Większych problemów z komunikacją nie było. Wywnioskowaliśmy jak sprowadzić ich z powrotem. Zaczęliśmy od próby sprowadzenia córki. Po prostu musiałem patrzeć się na jej zdjęcie i przywoływać ją po kawałku, wymieniając to co widzę na zdjęciu. Czyli: czerwona sukienka, grzyby przyczepione do ubrania… Po wypowiedzeniu, ze zdjęcia znikała dana rzecz. Pomagała mi w tym jej matka. Za każdym razem jak się pomyliłem w nazewnictwie, wszystkie elementy na zdjęciu pojawiały się od nowa i musiałem zaczynać od początku. Po pewnym czasie niepowodzeń, jej matka załamała się i jakby zamknęła w sobie. Odnosiła wrażenie, że nie chce dłużej walczyć, straciła całą inteligencję i energię życiową. Jednak kiedy w końcu udało mi się wypowiedzieć wszystko poprawnie sprowadzić córkę, matka odzyskała nadzieję i pełnie życia. Teraz zostało tylko sprowadzenie ojca. Pamiętam, że był w tym jakiś haczyk, bo nie mieliśmy jego zdjęcia. Powiedział, że muszę wymienić, jakie ubrania ma w szafie. Czyli spodnie… Już się za to zabierałem, kiedy pojawiła się nowa, ogromna przeszkoda. Resetowanie echa dialogów przestało działać. Powtarzałem w kółko dywan jest brązowy, ale teraz, nie przynosiło to żadnego efektu. Okazało się, że uniemożliwia to jakaś niematerialna istota, ze świata, do którego porwała ojca i córkę. Istota wydawała się w ogóle nie mieć cech człowieka. Jakby nie miała sumienia, tylko działała czysto analitycznie. Po prostu jakby zaciekawiona nami, chciała wybadać nasze zachowania. Tak jakby nie zdawała sobie sprawy, albo ją to nie obchodziło, że zadaje nam cierpienie. Istota miała problemy z porozumiewaniem się z nami, ale jakby doskonale nas wszystkich rozumiała. W końcu ojciec wpadł na nowy pomysł, jak zerować powtarzane się, nie do zniesienia dla mnie echo. Po prostu powtarzanie prawdy przestało działać, trzeba było mówić coś co zaakceptowała istota, wtedy echo zostawało resetowane. Teraz wiedzieliśmy, że nie możemy tak po prostu sprowadzić ojca, musimy przypodobać się istocie, aby zakończyła nasze cierpienie. Z upływem czasu coraz bardziej nawiązywaliśmy z nią więź. Nagle przeniosłem się z istotą do wnętrza starej wierzy. W środku były konstrukcje ze starych desek, których ułożenie pozwalało wspinać się na szczyt. Zacząłem to z trudem czynić, niektóre deski ze starości załamywały się pod moim ciężarem. W połowie drogi na górę, zaatakowali mnie jacyś dwaj faceci. W końcu spadli w walce, pomogła mi ta istota, która była we mnie. Nagle zaczęła we mnie cierpieć, w budynku pojawiły się skupiska zielonych radioaktywnych chmur i istota zaczęła zadawać mi ból. Po prostu panicznie chciała abym uciekał od promieniowania. W końcu po ucieczce, udało nam się wspiąć na samą górę budynku. Nad nami był sufit (bariera przed wejściem jeszcze wyżej). Ale chociaż sufit wspominam z niepokojem, to pamiętam, że nie przeszkadzało mi to, że mnie ogranicza. Jakbym wiedział, że nie tędy droga, że teraz należy wykorzystać inną metodę pięcią się w górę, metodę niedostępną dla ludzi. Istota była mi wdzięczna, że uciekliśmy przed promieniowaniem. Głos ojca powiedział, że mogę ją o coś poprosić. Podpowiedział mi, żeby to było przeniesienie w jakieś miejsce o dziwnej nazwie. Musiał powtarzać parę razy nazwę, bo była trudna do zrozumienia. Powiedziałem istocie nazwę, przeniosła mnie. Podróż była niematerialna, w dół jakby w głębiny oceanu. Była piękna, jakby płynąłem/leciałem, w innym wymiarze. Przenieśliśmy się jakby w przeszłość, do narodzin istoty. Było ciemno, jakby próżnia, wielka czarna przestrzeń, nic nie było widać. Nagle pojawiło się rozbłyskające, piękne światło i mówiący z chwałą o istocie jakby głos narratora „na początku było zborzem”. Potem przeniosłem się nagle do gry w którą dużo gram. Zaczęła mnie bardzo boleć ręka (jakby od grania na myszcze komputerowej), myślałem, że to istota zadaje mi ból, że to jakby część planu ojca, przeniesienie mnie tutaj. Zacząłem mówić do niego po angielsku „MY HAND IS HURTING, MY HAND IS HURTING”. Mówiłem to ze spokojem, chociaż bardzo cierpiałem. Ojciec nie odpowiada… w tym Momocie się obudziłem z przeraźliwym piskiem w głowie, który chyba teraz troszeczkę zmalał, ale jest dalej.
Podczas pisania nachodziły mnie dziwne myśli, chciałem dać do przeczytania to matce, ale napłynęła mnie myśl „nie pokazuj. Bo się dowiedzą ci co ukrywają przed tobą prawdę, wszystko zatają i wrócisz do punktu wyjścia”.
Wg. Mnie konkluzje:
Nie wiem do końca co chciała przekazać mi moja podświadomość. Czy te postacie ze snu są odbiciem mnie? Czy mojej podświadomości, sceną zgraniem i potwornym bólem ręki, nie chodzi o to, żebym przestał grać i zajął się czymś lepszym? Że jest to po prostu wyniszczające? Na pewno we mnie jest dużo konfliktów, skoro sen dzieli mnie na różne osobowości. Oby się to nie przeniosło do rzeczywistości.
Z jednej strony cieszę się, że przeżywam coś takiego, przynajmniej dzieje się coś nienormalnego w moim życiu, coś unikatowego. Na tę chwilę nie wiem czy chciałbym aby wszystko ze mną było w normie, ale pewnie trochę chciałbym mieć z tym wszystkim spokój. Na pewno dobre są zmiany, w życiu, które mogą nastąpić. Wciąż czekam na przełom, który wszystko w moim życiu odmieni. Odkryję coś, czego nie odkrył jeszcze nikt. Naprawdę chciałbym aby ten świat wyglądał inaczej. Wiedzie mi się dobrze, ale jak sobie myślę o tych wszystkich, którzy cierpią na tym świecie… XXI wiek, śmiechu warte. Toż to niewiele lepsze średniowiecze. Ludzie dalej są za mało miłosierni, pomagają interesownie. Np. byłem u psychologa w medicusie (prywatna spółdzielnia lekarzy). Troszkę mnie skasował, nagle przerwałem wizyty u niego. Dobry psycholog, który naprawdę chce pomóc, powinien się próbować jakoś skontaktować, czy zostawić wiadomość w rejestracji typu „i co, nie dokończył pan badania, zapraszam na kontynuację, mam już pierwsze wnioski, ale potrzeba mi dalszych badań” a tutaj cicho sza. Wiem, że psycholog, ani żaden lekarz nie wchodzi emocjonalnie w życie pacjenta, bo wymaga tego estetyka i pewnie by był za bardzo obciążony psychicznie, jakby tak się emocjonował każdym pacjentem. No ale powinien wiedzieć, że dla pacjenta ważne jest zaufanie. Marzy mi się świat, że wszyscy są dla siebie życzliwi i uśmiechają się do siebie, nawet na przejściu przez ulicę. Gotowi pomóc. Że widać, że jak ktoś jest smutny, to od razu do niego ktoś podchodzi i pyta się „co się stało>” stara się pomóc. Wiem, że to utopijne, ale przecież nie niemożliwe. W końcu niby jest większa moralność niż np. 1k lat temu, może za 1k będzie jeszcze lepiej
Dodam, że bardzo lubię filozofię, medytację. Wprowadzania się w dziwne nastroje, które są dla mnie impulsem i klimatem, do odkrywania rzeczy innych niż to co widać na pierwszy rzut oka. Najbardziej lubię temat naszej świadomości. Czy ona jest po prostu impulsami elektrycznymi, w naszym białkowym komputerze? Czy jest to coś więcej. Coś co wychodzi poza materializm, coś nieśmiertelnego i przenoszonego? Bo jeżeli to pierwsze, to przecież impulsy elektryczne można przenieść do komputera, albo do drugiego identycznego mózgu i co wtedy? Nasza świadomość będzie przeliczana przez komputer?
Liczę na waszą analizę i sugestie, jak można mi pomóc aby nie trapiła mnie nerwica. Oraz aby poprawić moją psychikę. Coraz bardziej się o nią boję.
Biorę citaxin, troszkę pomaga ale nie do końca. Ponadto mam dziwnego psychologa, który zbyt powierzchownie patrzy na moją psychikę, wykazując neurastenię. Jeszcze mu tego tekstu nie pokazałem, może po przyjrzeniu się mu, spojrzy na mnie troszkę inaczej.





